Artur Zawisza
strona główna aktualności biuro prasowe biografia publikacje wywiady kontakt linki
Libertas



Kontakt:
arturzawisza@arturzawisza.pl

Naszej komisji nikt nie powstrzyma
"Gazeta Wyborcza", nr 148 z dnia 27 czerwca 2006 r.





„Gazeta" publikuje sceptyczne głosy o pracach pierwszej komisji śledczej obecnego Sejmu. Ewa Siedlecka pyta, czy będzie to "Wielkie oczyszczanie czy wielkie opluwanie" (15 maja br.), zaś Waldemar Kuczyński wzywa, aby "Nie stawać przed komisją" (31 maja br.). Jako przewodniczący komisji śledczej ds. banków i nadzoru bankowego chętnie odniosę się do tych wypowiedzi.

Siedlecka pisze, że "celem prac komisji ma być zdezawuowanie Leszka Balcerowicza", bo "prezes NBP naraził się rządowi", a "właśnie decyzja Balcerowicza była pretekstem do powołania komisji". Podobna krytyka ze strony któregoś z członków komisji zostałaby oceniona w publicystyce "Gazety" jako insynuacja, oszczerstwo lub co najmniej oskarżenie. Zwykłych posłów widać obowiązują inne standardy niż publicystów przodującej gazety.

Spostrzeżenia dotyczące patologii systemu bankowego i słabości nadzoru były leitmotivem dzisiejszych liderów PiS przez całe lata 90. Jarosław Kaczyński, prezes Porozumienia Centrum, i Lech Kaczyński, prezes NIK, wielokrotnie formułowali na ten temat krytyczne opinie i formalne wystąpienia. Także sposób prowadzenia prywatyzacji budził sprzeciw polityków PiS. Można oczywiście, jak publicystka "Gazety", traktować prezesa NBP jako "ikonę III RP", ale zachęcałbym do mniej magicznego, a bardziej krytycznego namysłu nad rzeczywistością.

Wniosek o powołanie komisji śledczej motywowany był prorynkowo i prokonsumencko. Zwracaliśmy uwagę na najwyższą spośród sześciu dużych krajów Unii koncentrację sektora bankowego i konieczność zwiększenia konkurencji. Efektem małej konkurencji są najwyższe w Europie - w odniesieniu do zarobków - ceny usług bankowych. Miliony konsumentów tracą setki milionów złotych, a instytucje publiczne powołane do strzeżenia ładu rynkowego nie są tym zainteresowane.

Przesłanie artykułu Siedleckiej sprowadza się do zachęty, aby "zacząć od ustalania standardów zachowań członków samej komisji", oraz przestrzeżenia przed "przekroczeniem owych standardów". To dobra rada, przyjmuję ją w dobrej wierze.

Wielokrotnie zwracałem uwagę na status sejmowego śledztwa i pozycję prawną wzywanych świadków. Powtarzam, że przesłuchania świadków są pochodną analizy dokumentacji, zaś świadkowie są tylko i wyłącznie świadkami. Dziennikarze ciągle pytają: kiedy świadkowie? kiedy Balcerowicz? kiedy Gronkiewicz? Wyjaśnianie kolejności czynności śledczych prowadzi albo do posądzenia o cwany spryt całej komisji, albo do wątpliwości, czy komisja w ogóle wie, co ma robić. Ale kiedy pojawiają się hipotezy śledcze, komentuje się, że komisja aż za bardzo wie, co ma robić. Komisja działa metodycznie, ale też nie może wyrzekać się podejrzeń. Sam akt powołania komisji zakłada podejrzenie, które jest solą śledztwa.

Ewa Siedlecka w swoim artykule na różne sposoby wyjaśnia pewien szczegółowy wątek związany z Fundacją Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Stając się stroną w sporze, argumentuje, iż nie ma nic do wyjaśniania w sprawie, w której Balcerowicz, przewodniczący Komisji Nadzoru Bankowego, jest założycielem fundacji kierowanej przez jego żonę i stale sponsorowanej przez grupę największych banków znajdującą się pod nadzorem tegoż przewodniczącego.

To zabawne u autorki, która napisała demaskatorski artykuł o "rzeczniku praw obywatelskich [Januszu Kochanowskim] patronującym konferencji promującej komercyjny sąd arbitrażowy w swojej fundacji" ("Sąd arbitrażowy pod patronatem RPO", 16 marca). W artykule o komisji śledczej branie pieniędzy przez fundację od podmiotów nadzorowanych przez założyciela fundacji nie jest konfliktem interesów. Natomiast w artykule o sądzie arbitrażowym miałoby nim być patronowanie konferencji organizowanej przez założoną przez siebie fundację. Trzeba wyjaśnić, że czym innym jest konflikt interesów, czym innym podejmowanie działania w sytuacji konfliktu interesów, a jeszcze czym innym stronniczość takiego działania.

W przypadku Balcerowicza konflikt interesów widoczny jest gołym okiem. Nie to jednak jest podstawą zarzutu, bo osoby publiczne niejednokrotnie znajdują się w konflikcie interesów. Rzecz w tym, czy są w stanie go zneutralizować poprzez zaniechanie podejmowania działań. Osobista uczciwość nie ma tu nic do rzeczy, dlatego też rozwinięte demokracje zdefiniowały sam problem konfliktu interesów. Balcerowicz podejmował i podejmuje działania w sytuacji konfliktu interesów, co budzi poważne zastrzeżenia z zakresu etyki urzędnika państwowego. Natomiast nie był mu stawiany zarzut stronniczości podejmowanych działań, czego nie zrozumiał komentator "Gazety" Marek Beylin ("Z oszczerstwem na Balcerowicza", 15 marca br.) oskarżający mnie, iż "ośmieliłem się zarzucać Balcerowiczowi osobistą nieuczciwość". Może następnym razem komentator "Gazety" będzie czytał zarzuty z większym zrozumieniem.

Ewenementem jest wezwanie Waldemara Kuczyńskiego, aby obywatele łamali przepisy i odmawiali składania zeznań jako świadkowie. Argumentem ma być skierowanie wniosku w sprawie komisji śledczej do Trybunału Konstytucyjnego przez PO oraz osobista niechęć autora do komisji.

Z pierwszego argumentu wynika konieczność wstrzymania prac komisji do czasu orzeczenia Trybunału. Jest to argument na tyle słaby, że nie podjęli go nawet posłowie PO ani w formie wniosku do komisji, ani poprzez osobiste decyzje nieuczestniczenia w pracach.

Drugi argument jest w istocie anarchistyczny. Jego skutkiem powinny być apele do obywateli, aby dawali się przesłuchiwać jako świadkowie w zależności od tego, kto jest aktualnie prokuratorem generalnym. Jest to wezwanie do łamania porządku prawnego i ma charakter podżegania do czynu zabronionego.

Zgadzam się z Siedlecką, że "wielkie opluwanie" nie powinno mieć miejsca. Byłoby jednak dobrze, aby media nie stały się dla komisji szkołą insynuacji. Chciałoby się wierzyć, że wszyscy uczestnicy procesu demokratycznego działają lege artis i z otwartą przyłbicą. Tymczasem dochodzi coraz więcej słuchów, że naprzeciw komisji staje zwarty blok obrony grubych interesów. Trzeba zapytać publicznie, czy wynajęte są dwie duże firmy doradcze w celu świadczenia usług na rzecz osób i podmiotów zagrożonych działaniami komisji śledczej. Nie trzeba nawet pytać, czy w stosunku do komisji i jej członków prowadzony jest czarny PR polegający na dostarczaniu mediom jakoby kompromitujących informacji.

Kilka dat: 10 marca br. zaczyna się w Sejmie debata prowadząca do powołania komisji śledczej, zaś 27 marca br. głośne później zawiadomienie do prokuratury składa ekstrawagancki oraz lekceważony dotąd Zbigniew Nowak. Jako pierwsze medium informuje o nim 4 maja br. z reguły niedoinformowana "Trybuna". Sensacja ta w jednej z rozgłośni prywatnych podawana jest 5 maja br. o ósmej rano, a następnie jako równie świeża i właśnie odkryta sensacja 7 maja br. o jedenastej, bo widać słabo odbiła się w świadomości społecznej. Wiadomość prasowa z 28 września 2002 r. okazuje się w tej samej gazecie ponowną sensacją 30 maja br., choć z powodu dalszego przebiegu wypadków jej wymowa tym razem powinna być inna. Świadomie podaje zawoalowane przykłady, jedynie jako ilustrację szerszego zjawiska.

Jest jasne, iż dziennikarze podejmują tematy, które napotykają. Jednak powstaje zasadnicze pytanie, kto i komu oraz właściwie za co płaci, skoro odpowiednio spreparowane materiały docierają do mediów, dając wykrzywiony obraz spraw. Może to ciekawy temat dla przenikliwych dziennikarzy i zatroskanych komentatorów.

Przed komisją śledczą kilkanaście miesięcy działania. Będą one metodyczne, spokojne i konsekwentne. Z poszanowaniem dla inteligencji opinii publicznej i nade wszystko z gwarancją swobód obywatelskich dla osób znajdujących się w kręgu zainteresowań śledczych. Można powiedzieć metaforycznie, że na koniec albo śledztwo zostanie umorzone, albo zakończy się wnioskami. Część z nich może mieć charakter rekomendacji regulacyjnych skierowanych wobec ustawodawcy, ale inna część charakter wniosków procesowych. Jeśli będą po temu przesłanki, nikt i nic nie powstrzyma komisji przed wypełnieniem swojego obowiązku.