|
Pieniądze to nie wszystko
Express Wieczorny, nr 10, 25 maja 2007 r.
Lekarze strajkują. W chwili druku tych słów strajk już z pewnością będzie skończony. To jednak nie znaczy, że problemy leżące u podstaw strajku wygasły. Pozornie mogło się wydawać, że w strajku chodzi wyłącznie o pieniądze. Owszem, lekarze mówili także o swoich pensjach. Wyliczali koszty ich podwyżek na 4 mld budżetowych złotych. Premier mówił o 11-stu mld, bo liczył także płace pielęgniarek i im pokrewne, które równolegle musiałyby rosnąć. Jednak to nie pensje były głównym punktem odniesienia dla przywódców lekarskiego strajku.
Przedstawiciele związku zawodowego lekarzy jako swoją misję definiowali przekonanie rządu do daleko idących reform naprawczych w służbie zdrowia. To naprawdę dobry znak, że są w Polsce ludzie strajkujący w imię koniecznych zmian i strukturalnych reform. Pod tym względem stanęliśmy dużo wyżej niż kraje starej europy, bo w Niemczech czy Francji strajki organizowane są wyłącznie w imię obrony przywilejów socjalnych. Polski strajk nie ma dzikiego oblicza, ale inteligentną twarz lekarza domagającego się rozsądnej polityki zdrowotnej. Taki strajk jest jednocześnie elementem pedagogiki społecznej w ramach której można tłumaczyć społeczeństwu zasady prawne i mechanizmy finansowe. Wydaje się więc, iż krótkotrwała uciążliwość jest warta dalekosiężnych celów.
Czego chcą lekarze? Wprowadzenia dobrowolnych ubezpieczeń zdrowotnych, ustalenia obowiązkowego współpłacenia za usługi medyczne oraz ułatwień w prywatyzowaniu sieci szpitali. W istocie postulaty te oznaczają wprowadzenie elementów rynkowych do systemu opieki zdrowotnej. Jednocześnie nie są to pomysły abstrakcyjne, egzotyczne, czy kuriozalne, ale w różnych zestawieniach funkcjonujące w poszczególnych krajach. Dzisiejszy system, mimo wszelkich obecnych i planowanych uszczelnień, musi mieć tendencję do przeciekania pieniędzy publicznych. Dopiero racjonalizacja przebiegów finansowych i pełna odpowiedzialność kadry zarządzającej mogą ustabilizować system. Mówią o tym lekarze, ale to właściwie wiedza inna niż lekarska, bo z zakresu teorii zarządzania. Powinna ona trafić do wszystkich rządzących.
Problem publicznej służby zdrowia nie jest jednak incydentalny ani endemicznie polski. Dopiero późna nowożytność rozpropagowała koncept publicznej odpowiedzialności za usługi medyczne. Państwo przejęło za nie odpowiedzialność i stały się tzw. służbą zdrowia. Żadne państwo nie obiecało co prawda pełnego zdrowia dla wszystkich obywateli, ale i tak rozpoczęliśmy podróż w kierunku utopii. W żadnym kraju publiczna i bezpłatna opieka zdrowotna nie sprawia satysfakcji społecznej, nie spełnia oczekiwań oraz nie jest w stanie poskromić narzekań i pretensji. Im więcej się na nią łoży, tym większe są społeczne oczekiwania i tym mniej są one realizowane. Ratunkiem pozostaje ogólne cywilizacyjne podniesienie poziomu zdrowotności, ale idyllę tę niszczą nowopowstające i drogie w leczeniu współczesne choroby. Tworzy się zamknięte koło, z którego nie ma wyjścia. Jedynym wyjściem staje się zmiana paradygmatu. To jednak zawsze szokuje…
Czy istnieje europejska odpowiedź na problem polskich lekarzy? Oczywiście inna niż emigracja zarobkowa niektórych… Trudno o taką odpowiedź z dwóch powodów. Po pierwsze, polityki zdrowotne jak rzadko które pozostają wyłączną domeną krajów członkowskich i nie są harmonizowane. Po drugie, współczesna Europa jest dziedzicem nowoczesnego problemu błędnego koła publicznej służby zdrowia. Tak więc kraje zachodnioeuropejskie, na nieco innym poziomie, ale przeżywają analogiczny nierozwiązywalny problem. Musimy więc rozwiązać go sami, pamiętając, że prywatni przedsiębiorcy budują samochody, prowadzą notariaty i reperują zęby. Mogą też chyba leczyć…
|